|
METZ, jaki jest - każdy
widzi.
Tylko lampa firmowa,
zapewni Ci, niebiańską współpracę z korpusem Twego aparatu.
Tylko dzięki takiej
lampie, zdjęcia Twe, będą cudownie naświetlone, czego w życiu nie uda Ci
się osiągnąć, przy zastosowaniu lampy, pochodzącej od producenta niezależnego.
Niestety, dawniej i ja wierzyłem w te bzdury.
Swego czasu, będąc w posiadaniu EOS-a 600, dokupiłem do niego lampę
błyskową marki Soligor TIF 380.
Lampa była prosta w budowie, topornie
wykonana, ale posiadała stosunkowo dużą moc i obracaną w każdej
płaszczyźnie głowicę. Zoom palnika, również był, aczkolwiek sterowany ręcznie, co zbytnio mnie nie frustrowało.
Używałem jej spokojnie i bezproblemowo dłuższy czas. Jednak aparat posiadał
system pomiaru błysku typu A-TTL, a lampa jedynie zwykły TTL, a więc
współpraca była zubożona.
Wczytałem się w opinie różnej maści fachowców i
już wiedziałem, że jeśli chcę naświetlać zdjęcia the best, muszę zmienić
lampę na nowszą, pracującą w systemie A -TTL.
Było to dla mnie formą
rozgrzeszenia - jeśli jakieś zdjęcie wyszło fatalnie, to nie ja to
spartoliłem, ale wina leżała po stronie lampy błyskowej.
Poszedłem
za radą mądrzejszych i szarpnąłem się na coś nowszego. Wybór padł Canona
430EZ.
Lampa była solidniejsza, mniejsza, a przy tym mocniejsza. Pięknie
błyskała w niby podczerwieni, automatycznie ustawiając wartość przysłony. Ale skoku jakościowego zdjęć, jakoś dostrzec nie mogłem. Przy dopalaniu w
świetle dziennym, nadal musiałem ręcznie ustawiać korekcję na minus.
Zacząłem konstatować - po jaką cholerę, wywaliłem tyle kasy?
Później w moich, pazernych łapkach, zagościł EOS 50E, wyposażony w system pomiaru błysku E-TTL.
I nagle, moja lampa stała się technologicznie przestarzała. Dzięki
opinii fachowców, wiedziałem, iż jeśli chcę uzyskiwać absolutnie cudowne
zdjęcia, muszę mieć lampę pracującą w systemie E-TTL, a skoro 430EZ
tego nie czyni, tym gorzej dla niej.
Ponownie odetchnąłem - nieudane zdjęcie, to nie moja wina, to wina
sprzętu.
Zacząłem rozglądać się za nową "błyskotką". Wyboru dużego nie było:
prymitywna 380EX lub droga 550EX. Powoli się przymierzałem do tej drugiej,
aż tu natykam się w jednym z czasopism na test lamp błyskowych, tych z
wyższej półki.
Na ringu stanęły: Nikon, ze swym wielowymiarowym, nadprzestrzennym
pomiarem błysku (lampa SB28), Canon, ze swym ekstremalnie nadprzyrodzonym
pomiarem (lampa 550EX), Minolta, zaopatrzona w namiastkę zaawansowanego
pomiaru błysku (lampa 5400 HS), i Pentax, prymityw ze zwykłym pomiarem TTL
(lampa FTZ 500).
Wyniki testu, wprawiły mnie w zdumienie. W kategorii jakości naświetlania,
wygrał, choć nieznacznie, Pentax.
Jak to, zwykły TTL, pokonał sztuczną inteligencję? Czyżby cały czas, ktoś
mnie robił w bambuko ?
Lampie 550EX, szybko zrobiłem - pa, pa. Przestała być dla mnie warta tych
pieniędzy.
Zacząłem czekać, aż na rynku pojawi się coś godnego zainteresowania -
taniego, solidnego, o rozbudowanych możliwościach.
I doczekałem się.
Firma METZ, stworzyła lampę, specjalnie pod moje potrzeby
(niesamowite, skąd wiedzieli?!).
Odczekałem pół roku, aby dać producentowi czas na odkrycie ewentualnych
usterek, i będąc w Stodole, wymieniłem 430EZ na onego cosia.
Wyboru tego, nie żałuję do dzisiaj, a wynurzenia maniakalnych firmowców
mam w głębokim poważaniu. Niech sobie wydają grube pieniądze na lampy
firmowe, skoro podnosi im to samoocenę. A te ich wypowiedzi w stylu - "
Do aparatu wpinam jedynie lampy firmowe, a nie jakieś kundle", są doprawdy
żałosne.
To, co firmowe wcale nie musi być lepsze (a na pewno droższe).
Akurat METZ, to poważna, z wieloletnią tradycją, firma niemiecka, a jej
główna specjalizacja, a być może i jedyna, to właśnie lampy błyskowe.
Jeśli ktoś widział kserokopiarkę Metz-a, proszę - niech do mnie napisze.
Lampy tej używałem z EOS-em 50E, a obecnie z Olympusem 5050, i niezmiennie
jestem z niej zadowolony.
Niezawodność, duża moc, mnogość funkcji, w połączeniu z niską ceną,
sprawiają, że na rynku nie ma ona sobie równej .
METZ 54 MZ - 3
Uwaga!
Błyskanie lampą o tej mocy, to nie zabawa.
Przenigdy nie czyń tego, z pełną mocą, z odległości mniejszej niż pół
metra, komuś prosto w oczy. Może to spowodować uszkodzenie siatkówki oka,
a więc nawet ślepotę.
Jak widać,
lampa, w porównaniu z maleńkim 5050, robi wrażenie. Wydaje się nad wyraz
duża, ale taka jest cena mocy i rozbudowanych możliwości.
Przy pierwszym kontakcie, nasuwa się pytanie - a po cóż mi tyle opcji?
Jednak, w miarę rozwijania własnych umiejętności, okazuje się, że jeśli
czegoś akurat potrzebujesz, masz to pod ręką. Można by powiedzieć, iż
lampa ta rozwija się wraz ze swym właścicielem.
Trudno stwierdzić, czy to lampę wpięto do aparatu, czy też odwrotnie.
Również trzymanie takiego zestawu, do najwygodniejszych nie należy. Uchwyt
aparatu jest, co prawda, stosunkowo mały i płytki, ale do trzymania samego
korpusu w zupełności
wystarcza.
Sytuacja
diametralnie się zmienia po wpięciu tego King-Konga. Ponieważ lampa jest
wysoka, środek ciężkości wędruje wyżej i już tak słodko nie jest.
Ale ma to i zalety - im wyżej palnik nad obiektywem, tym bardziej
plastyczne oświetlenie, a i o zjawisku "czerwonych oczu" można zapomnieć.
Ale ma też i wady - duża odległość od obiektywu, powoduje, iż pole
błysku lampy, nie pokrywa dolnej części zdjęcia.
Gdyby nie istniał sposób, aby to przeskoczyć - opisu tego, również by nie
było.
Wystarczy opuścić głowicę lampy lekko w dół, i po kłopocie. Takie
ustawienie głowicy, przy połączeniu z 5050, należy traktować, jako
standartowe.
W początkach użytkowania, gdy zdarzało mi się kadrować pionowo, dręczyło
mnie ciągłe poczucie zagrożenia, że ciężar lampy, spowoduje wyrwanie
gorącej stopki z aparatu. Jednak jest to tylko złudzenie, a obecnie w
ogóle
się tym nie przejmuję
Możesz się zdziwić - jak to, zmienił system, a lampa ciągle ta sama?
Jest
to możliwe, ponieważ firma METZ stosuje system wymiennych adapterów (SCA),
dzięki którym, jedną i tę samą lampę można podłączyć do korpusów różnej
marki. Przy zmianie systemu, wystarczy dokupić adapter i nadal cieszyć tą
samą błyskotką.
Głównie, za tą przyczyną, cena lampy utrzymuje się na rozsądnym poziomie.
To, że może ona współpracować z każdym systemem, sprawia, iż jej produkcja idzie
pełną parą. Przy tak dużej sprzedaży, można zredukować cenę.
Tak więc, w tym przypadku, powiedzenie, że biednego nie stać na tanie
rzeczy - nie ma zastosowania.
Producenci tzw. lamp firmowych, zamknięci w swoim hermetycznym światku,
zmuszeni są produkować tylko pod siebie. Skutkuje to, bezzasadnym, windowaniem cen.
Kiedy, w pierwszym lepszym cenniku widzę, iż taka np. lampka - Canon 420 EX,
kosztuje tyle samo, co opisywany tu Metz, śmiech mnie pusty ogarnia. No,
ale cóż - najlepszy klient, to niezorientowany klient.
Aby METZ 54 MZ3, właściwie współpracował z Olympusem 5050, konieczny jest
adapter typu SCA 3202 - M2.
Oczywiście, adapter ten zapewnia poprawną
współpracę i z innymi cyfrowymi aparatami Olympusa. Instrukcja wymienia tu
modele: C 5050, C 4040Z, C 3040Z, C 3030Z, C 3000Z,
C 2040Z, E 100RS, C
2100, C 700UZ, C 2040Z, C 2500L, E 10, E 20P.
Nowszych modeli, w
instrukcji nie wymieniono, ale tylko dlatego, iż gdy go kupowałem (rok temu), po
prostu nikt jeszcze o nich nie słyszał.
Mimo to, podejrzewam, że nie
powinno być żadnych problemów.
Co do typu lampy, to przy pomocy onego adaptera, można
podłączać do 5050, również starsze lampy Metz-a.
O ile, jednak w przypadku lamp o jedną generację starszych np. METZ 40 MZ
..., współpraca jest praktycznie pełna, o tyle, w przypadku lamp starszych
o dwie generacje np.32 MZ 3, mogą wystąpić pewne niewygody, np.
konieczność ręcznego ustawiania ISO, czy też wartości przysłony.
Instalowanie adaptera, jest bajecznie proste. Wystarczy wsunąć go do końca
w prowadnice. Zostanie on zablokowany w tym położeniu.
Aby go, z kolei, wyciągnąć, wystarczy otworzyć pokrywę komory baterii i
przy wciśniętym zielonym przycisku, wysunąć kostkę adaptera.
Muszę przyznać, że sam adapter sprawił mi dodatkową niespodziankę, a
mianowicie, został on wyposażony w tzw. fotocelę, pozwalającą na zdalne
wyzwalanie lampy, przy pomocy błysku lampki aparatu.

Firma METZ, we
wszystkich swoich modelach, skierowanych do zaawansowanego użytkownika,
stosuje dodatkowy, mały palnik.
Muszę przyznać, iż jego obecność, budzi we mnie mieszane uczucia, ale
skoro go tu dano, to niech sobie będzie.
Służy on do delikatnego dobłyskiwania, w przypadku gdy główny palnik
celuje np. w sufit. Ponieważ, oba palniki zasilane są z jednej
przetwornicy, włączenie tego mniejszego, skutkuje zmniejszeniem mocy
błyskania palnika głównego.
Podział mocy jest mniej więcej taki: 85% -
główny, 15% dodatkowy. Ponieważ czasami za dużo i te 15%, przed małym
palnikiem umieszczono zdejmowaną szybkę, która po obróceniu o kąt 180
stopni, pełni rolę filtra szarego, ograniczając siłę błysku o połowę.
Oczywiście, palnik dodatkowy, posiada osobny włącznik, pozwalający na jego
niezależne sterowanie
Palnik główny lampy,
posiada zmienny kąt rozsyłu światła w zakresie od 105mm do 24mm, oraz, po
wysunięciu dyfuzora - 20mm. Są to wartości przyjęte dla formatu 135, czyli
klatki 24x36 mm.
Sterowanie zoomem palnika jest całkowicie
zmotoryzowane, tzn. zarówno przy ręcznym,
jak i automatycznym sterowaniu, palnikiem porusza wbudowany silnik.
Sama głowica, może być podnoszona o 90 stopni w górę i opuszczana 7 st. w dół, oraz obracana o 90 st. w prawo i 180 st. w lewo.
Przy stosowaniu światła odbitego, zapewnia to całkowitą wszechstronność.
   
Czujnik pomiaru błysku.
Kąt widzenia - 25 stopni.
Dzięki niemu, lampa, niezależnie od aparatu, może samodzielnie dozować
siłę błysku.
Ma znaczenie tylko przy pracy w trybie "A" i tylko w tym trybie należy
dbać o to, aby czujnik zawsze był skierowany na fotografowany obiekt.
Czujnik fotoceli.
Aktywny w trybie pracy "Slave".
Reaguje na błysk lampki aparatu, powodując odpalenia Metz-a. Niezbędny do
zdalnego wyzwalania tejże lampy.
Wspomaganie AF.
W sytuacjach, gdy jest zbyt ciemno i układ automatycznego ustawiania
ostrości nie może sobie poradzić, lampka ta, wyświetla czerwony wzorek.
Podświetlanie to działa niezależnie od ustawień w menu aparatu, czyli
zawsze.
Niestety, aparat uruchamia wspomaganie, tylko przy niskim poziomie
oświetlenia, natomiast, gdy trafi się gładka, bezkontrastowa płaszczyzna,
gdzie autofokus miota się w tę i z powrotem, podświetlanie to nie zostaje
uruchomione.
Można by przez to powiedzieć, iż funkcja się marnuje, ale tak nie jest.
Owe podświetlanie, jest bowiem niezbyt silne, w sam raz wystarczające dla
czułych układów AF, stosowanych w lustrzankach analogowych.
Nie jest to jakowaś wada. Dzięki temu fotografujący nie zwraca na siebie
zbytniej uwagi.
Jednak aparaty cyfrowe, nawet te wyższej klasy, posiadają układy AF
znacznie mniej czułe, a przez to wymagające dużej ilości światła. I
skutkiem tego, światełko z Metz-a jest dla nich za słabe.
Różnica w jasności jest bardzo duża. Podczas, gdy lampka wspomagania AF,
zastosowana w aparacie, aż razi w oczy i czyni z Ciebie istną latarnię
morską, o tyle światełko z Metz-a jest ledwo dostrzegalne, a dla czujników
AF, praktycznie niewidoczne. Tak więc, w przypadku 5050, funkcja
praktycznie bezużyteczna.
Przy współpracy z Olympusem
5050, występują pewne istotne zależności, które powinno się
poznać.
Lampa wiernie powiela wszelkie
funkcje, lampki wbudowanej:
- synchronizacja błysku z momentem otwarcia, lub przed zamknięciem
migawki,
- redukcja efektu "czerwonych oczu", którą Metz realizuje nadzwyczaj
gorliwie
- dopalanie w świetle dziennym
- synchronizacja z długimi czasami otwarcia migawki (slow)
Uwaga!
W opisach działania lampy, często używam pojęć - "siła błysku", lub
"czas trwania błysku".
Akurat, w przypadku lamp zaawansowanych, jest to pojęcie równoznaczne. W
każdej takiej lampie, siłę błysku, reguluje się poprzez zmianę czasu jego
trwania. Są to tak krótkie czasy, że oko ludzkie nie zauważa, praktycznie
żadnej różnicy w długości błysku. Nasze zmysły mogą to odebrać jedynie,
jako silniejszy, lub słabszy błysk.
część 2
|